
Stała zmienna

GUTIME
Chwile momenty do zanikań
w listopadowych skryte grudniach
kiedy jest ciemno od południa
i już niczego z nich nie czytasz
można napełniać niedosyty
snów słońca nawet czarnej plamy
lecz wszystkie w barwach takich samych
znajome stare rekwizyty
czasami tak nam się wydaje
że pewne rzeczy tylko nocą
bo w mroku jakby lepsza ostrość
choć potem nic nie pozostaje
można poskładać kiedy ciemno
widać co jasne i czym świeci
tak rok po roku jakoś leci
naiwnie licząc na wzajemność
coś porozpala z niewygaszeń
ale nie będzie nic tak samo
byleby miłość na dobranoc
ze smakiem
jak za pierwszym razem
PIOSENKA WSPÓLNA - BEZ POMYŁEK
Ta chwila to jest nasza droga
wspólnie wędrujmy taką drogą
i niechby nawet wbitą w slogan
jak nic donikąd do nikogo
lecz towarzystwo ponad miejsce
a jestem będę
najważniejsze
poznajmy dziury i zakręty
nie lepiąc szlaku z martwych było
złożymy razem elementy
zmieniając starą w nową miłość
dla już pewnego bądź pozostań
z nadzieją że to
droga prosta
wszyscy idziemy w jedną stronę
nawet ci których z nami nie ma
czasem nas spotka nagły koniec
niewiele więcej na ten temat
czy chwytasz tracisz czy doceniasz
wszystko zapisze los
w znaczeniach
i nie zawrócisz nie powstrzymasz
jak wicher pędzi znany koniec
idź ze mną mamy ten sam klimat
te same prawdy przyswojone
sposób wybory pojmowanie
czym jest to całe
wędrowanie
to nasza droga moja z tobą
i twoja ze mną znamy trasę
śmiejmy się światem budząc obok
siebie i bawmy wspólnym czasem
to zaszczyt kochać każdą chwilę
bez stresu strachu
bez pomyleń
ZANIKANIE
W światełkach wszelkich zanikanie
jak faktów w statystykach
wśród argumentów tam się staniesz
gdzie jest najłatwiej znikać
i pewnie więcej nie zobaczysz
bez kształtu są bez cienia
niewiele jest ukrytych znaczeń
w stanowczym do widzeniach
nie żałuj że nie będzie więcej
są gorsze scenariusze
oszczędzaj na następne szczęście
tak dobrze jest nie musieć
w światełkach obaw nie brakuje
lecz nie zaszkodzi jaśniej
oświetlić kilku starych ujęć
i przeżyć je wyraźniej
więc wypij tyle ile w rzekach
i zapamiętaj smakiem
a jeśli więcej nie doczekasz
nakarmisz wszystko brakiem
SPEJS
Brakuje siły w bolących palcach
pełno snu wszędzie ale nie zbawia
noc winą kruszy drobiny nieba
w tych okruszynach nie boli przebacz
płynie w podobne a tydzień mieli
te same rzeczy na siedem dzielisz
ale się nie śpiesz i naucz chwile
jak znaleźć siebie w setkach pomyleń
co tkają z obaw misterną siatkę
będzie świadomiej i trochę łatwiej
kołuje nad tym stos jakiś planów
innych niż bzdury prosto z ekranu
w stercie pomysłów niewiarygodnie
szary dzień pęka w mroku za oknem
noc przyczajona snem mocno gniecie
rytm wszelkich obaw zaśnie po trzeciej
ale już rankiem może coś zmienić
kiedy nieznane z ponad przestrzeni
powie ci jak masz iść w stronę słońca
dosyć radośnie myśląc o końcach
OKRUCH
Niejasny okruch siebie
tak szybko w czas ucieka
i dokąd po co nie wiesz
nie czekasz nikt nie czeka
to dziwne coś jak zawsze
ukryje sens wśród ludzi
nie ujrzy ten kto patrzy
nie znajdzie kto zagubił
spróbujesz to zapisać
zupełnie tak jak nigdy
lecz przecież tylko cisza
nie powie nic nie skrzywdzi
to niby takie głupie
gdy nie masz nic a jesteś
nie myślisz o tym dłużej
jest pełno innych nieszczęść
i ponoć życie cudem
to teraz to na zawsze
a wszędzie cierpią ludzie
aż ściska kiedy patrzysz
nie jesteś nic nie mówisz
i nie masz żadnych wcieleń
czas czasem myśl wybudzi
ty ja on ona
berek
FAJNDER
Lśnij w trudnych dłoniach trzymaj dni w ustach
z nadzieją w myślach w pewnych rozstaniach
w nocy bo przecież noc to też pustka
w dziurawych ścianach pochowaj banał
bądź w krwi co pędzi po gęstych żyłach
napędza wzrusza bawi nas setnie
w chwilach co czasem takie że wybacz
w oku gdy z wiekiem bezwolnie ślepniesz
mieszkaj we wszystkim i po swojemu
w pewności dumy w sile niemocy
bądź ciągle przy nas gdybym już nie mógł
wybaczać albo znów o coś prosić
ubrany w słowa czasem ponure
wymierzaj razy w zbolałych zdaniach
kiedy dni wspinasz pod stromą górę
gdy wątpliwości chcesz porozganiać
mieszkaj w pokorze bądź pogodzony
z tym że gdzieś kiedyś wszystko inaczej
pozwól pamiętać dni z każdej strony
w pewności o tym że to coś znaczy
świeć nam w ciemności i czasem jeszcze
kołysz usypiaj sens chowaj w datach
znajdziesz się łatwo wiemy gdzie będziesz
nasz końcu świata
ZBYT SZYBKO
Tak to wszystko szybko mija
zamordował śnieg w tym roku
twoją córkę styczniu
zima
bielą znosi dobry spokój
chwile wcale niepodobne
do namiastki świętej doby
omijają nas nieskromnie
i nie można nic z tym zrobić
życie jak to życie boli
ważne nie iść w stronę cienia
choć ku światłu strome schody
i tak dużo do stracenia
wielu ludzi czas pożegnać
ogrom myśli pozostawić
na coś czekać i nie czekać
ignorować błahe sprawy
to odnaleźć to odmienić
czasy się po prostu dzieją
jeśli już to zaszczepieni
bądźmy wiarą i nadzieją
NOFIKS
Co pojawia się to znika
za oknami większych znaczeń
pomyśl o tym nie dotykaj
bo utracisz i zapłaczesz
w nieważnościach wszelkich rzeczy
ścisłych gęstych wydarzeniach
przemilcz żeby nie zaprzeczyć
że co było tego nie ma
pojawiło się na moment
tam pod czaszką ślad pokory
nie
szaleństwo kiedy człowiek
znosi ustalone wzory
nie brnij bardziej w nieistnienie
chociaż jest od dawna w drodze
co poza nim tylko mgnieniem
nie zatrzymasz bo nie możesz
martwym spokój troski żywym
znika to co się pojawia
nie myśl co by było gdyby
nikt po tobie nie poprawia
OPRÓCZ
Oprócz złorzeczy każdej dobie
przyniosło czasów kilka kilo
sensem skurczyło ludzki krwiobieg
przemija pewnie w swoich stronach
bo ku pamięci zapisane
i nawet przeszłość jest zdziwiona
takie niezwykle dumne z siebie
ze świadomości i z wyborów
choć nikt niczego o nim nie wie
szczęśliwie barwne uśmiechnięte
jakby w finale wielkiej sztuki
brawa z radości niepojętej
dumne i dziwnie pewne swego
jest kochające bo kochane
bez głupich pytań co dlaczego
chce dalej pewnie trwać przy sobie
we wszystkim co się zjawia po nim
nie dla człowieka czasem człowiek
oprócz
to droga zagubionych
MEJBI
Bez pożegnania chyba jest lepiej
długo rozmyśla jakby to poczuł
cierpliwie milczy niczego nie wie
nic nie przepływa z oczu
do oczu
zimno nie tylko gdzieś tam za oknem
brakuje czasu na dobrą kawę
na miłość myśli albo samotność
na boże miły na dobrą
sprawę
bo już nie wierzy w to co usłyszy
nie daje wiary temu co widać
uczy się teraz przyswajać w ciszy
i pożegnania i każde
chyba
na wszystko inne zabrakło czasu
choć plotka niesie że dostrzec można
jak gdzieś na ścieżkach cygańskich lasów
błąka się bardzo znajoma
postać
czas płynie dalej i my płyniemy
lecz teraz wolniej bardziej prawdziwiej
z pakietem wspomnień lecz przeminiemy
jak najłagodniej
jak najmożliwiej
PRZYSTAŃ
Rozgrzewa wszystkie noce jak piecyk
podaje mleko z sodą bez zmartwień
cierpliwie może być albo nie być
czuje najbardziej
jak ja się śmieje i tak jak ja grzeszy
bez oczekiwań rozjaśnia noce
nie trzeba błagać prosić jak kiedyś
wygrana z losem
czas odnajduje kiedy brak czasu
przynosi spokój na całe szczęście
wycisza przestrzeń pełną hałasów
sprawia że jestem
tego wszystkiego nie da się schować
czuję jej bliskość i wielką siłę
nie serialowa i nie książkowa
bardziej prawdziwe
po tamtej która nosiła burzę
i tak zniknęła jak się zjawiła
jest moim końcem wszelkich powtórzeń
ostatnia przystań
JUARE
Jeśli jesteś domem w tobie ukochanej
solidne podłogi i wzmocnione ściany
bo po tamtej która kruszy fundamenty
dobrze spasowane wszystkie elementy
jeśli pewne teraz to już tak na zawsze
warto będzie poczuć zanim ślady zatrze
razem my tuż obok w dobrym i zwątpieniu
nie tak że ktoś kochał potem nagle nie mógł
jeśli wnosisz spokój to jak dzień wśród nocy
docenianie chwili długich spojrzeń w oczy
wszechobecnym trwaniem dobrym i spokojnym
nikt z nas nie wywoła damsko męskiej wojny
jeśli jesteś prawdą to największą wiarą
wsparciem towarzystwem na pędzącą starość
można pięknie znikać w nadchodzących cieniach
oto przywrócenia
oto zagubienia
BEZSENNOŚĆ
Suną światła po niebie
smutnie ziewa bezsenność
coś tam wiesz czegoś nie wiesz
chyba już wszystko jedno
tak niewiele jest prawdy
gdy przez ciemność przeciekasz
kropla kłamstwa zadławi
nikt na ciebie nie czeka
tak niewiele już możesz
mocno wbijasz noc w ziemię
łapiesz szczęście za koniec
przeszłość rzucasz za siebie
czas odwraca jej wątek
dziwnym smakiem goryczy
to co przyniósł początek
dziś się przecież nie liczy
ludzie mówią podobno
że czasami rozstanie
jest zbawieniem
w samotność
przeganiają precz pamięć
myślę
zawsze jest trudno
los rozmywa dni w plamach
tylko rzadziej już północ
czołga myśli do rana
ZACIERANIE
Popatrz w to takie zacieranie
brak mu postaci końca nie ma
wpada w obłędnie dziwny taniec
nie na temat
zabiera z niebań cuda chwilom
ciszę pozbawia wątłych bywań
tak pisze żeby trudniej było
odczytywać
co zapisali gdzieś tam w świecie
ci którzy byli z sobą blisko
nikt już niczego o tym nie wie
starte wszystko
to zacieranie gdy się zjawia
bawi się nami nie chce odejść
na jedną kartę wtedy stawiaj
każde potem
a kiedy weźmiesz je do ręki
będzie tam miłość i jej koniec
marzenia wiersze i piosenki
jasny płomień
to w nim zobaczysz żal i dumę
wciśnięte w ludzkie zatracenie
coś jeszcze czego nie zrozumiesz
co jest cieniem
w ludziach jest wiele dziwnych rzeczy
wszystkie obejmie zacieranie
jeśli nie po nas to z nas przecież
coś zostanie
może prócz naszych białych kości
choć ślad popiołów po miłości
SAMTAIMS
Czasami bywa tak jak sen
po dobrej stronie nocy
czas skupia we mgle świeży tlen
w tym mroku pewnym tak jak mat
bezsenność mniej pazerna
przez moment znika widmo dat
nie mieszka w środku dawnych snów
i nie drży już jak kiedyś
brakuje go wśród starych nut
powoli znika to nie żal
to nawet nie wspomnienie
to myśli zagubiony gram
i wszystko starsze jak co rok
lecz nie brak nam niczego
na nowo brzmiący bawi krok
wygasi ogień wspólnych dat
roztrwoni to co marne
za łatwo traci człowiek czas
pozornie powtarzalny
ODSZUKANIE
Odnalazłem spokój
a nie każdy może
wielu w wyrzeczeniach
lub wśród upokorzeń
oto słodka cisza
i jej dłoń na mojej
cytrynowa woda
i realność objęć
odnalazłem spokój
i bezcenność godzin
przeszłość śpiąca obok
nic a nic nie szkodzi
bawi mnie ta zwykłość
i codzienność zdarzeń
śmieję się z niczego
o czymś jeszcze marzę
odnalazłem wszystko
co ukryłem pilnie
kiedy to kochałem
co nie mogło istnieć
bez krzty zaufania
i spójności pragnień
jakby się skończyło
nikt już nie odgadnie
odnalazłem spokój
nie każdemu dany
taki że gdy dotkniesz
nie doświadczysz granic
czysty tak wyraźny
że nie można ładniej
cieszyć się istnieniem
może też odnajdziesz
NIECZYTELNE
W martwych zatartych śladach liter
łzawiących listów śmiałe słowa
za oknem lato już wypite
a ludziom coraz dziwniej w głowach
dni znaczą myśli wypisane
zdobyte szczyty zdarte szlaki
ścieżki biegnące niczym pamięć
pijane nieczytelne znaki
jak odpowiedzi giną lata
niech kwitnie wdzięczność że tu były
gubi się człowiek znika w datach
nie wie co czuje brak mu siły
każdy odbija dni od tego
czego już nie ma a się stało
wreszcie to byłość dopnie swego
a po niej tylko głupia śladość
chwila za chwilą ozdobione
wersami może ktoś przeczyta
i wreszcie wyczuwalny koniec
bez nieczytelnych słów
bez pytań
W TONIACH
Morze
nie proszę wód o wiele
o płynną cząstkę fali w sobie
tego jednego z wielu wcieleń
o której mówi świat że człowiek
morze
wyczuwam że zatrzymasz
wśród fali wyścielonej wiatrem
tych klika kropel w których mijam
aż w końcu jakiś sztorm je zatrze
morze
spragnione wielkich brzegów
wydaj świadectwo naszych istnień
niech w twoich toniach w wiatrobiegu
spocznie świadomość że tu byłem
morze
ty jesteś od nas dłużej
gdy odejdziemy ty zostaniesz
daj poczuć wilgoć sól na skórze
zanim zamienisz nas w niepamięć
nigdy
nie wszedłem głębiej w ciebie
zawsze się bałem fal i toni
morze
to może będzie lepiej
gdy nie poproszę więcej o nic
JAK NA POCZĄTKU
Z widokami jak na pamięć
w szybkim biegu nagłych przyczyn
zanim resztki czas wyliczy
nigdy więcej nie okłamiesz
całą szarość spali światło
nie na rozkaz lecz z rozsądku
może być jak na początku
chociaż wcale nie jest łatwo
jeśli będziesz z chwil stworzona
jak nikt trwaj przy naszym boku
w nagłych cieniach ludzkich mroków
cała zadbaj tylko o nas
jakąkolwiek rolę pełnisz
wiesz już jak to będzie z nami
kto zarządzi minutami
kto roztrwoni czas bezcenny
trudny wymiar los przybiera
podążając za przyczyną
cichym krzykiem był
przeminął
bądźmy cali z tu i teraz
FLEJM
Ogień wiele ma powtórzeń
szybkich małych i tych dużych
płomień trawi każde jestem
dopalając ludzkie szczęście.
żar i iskry po nie było
czujesz ze zdwojoną siłą
w świecie dziwnych temperatur
wpiętych w znośną moc cytatów
nie ty zgasisz krew nie woda
na nic mroczność upodobań
płomień w końcu sam wygaśnie
wędruj zawsze tam gdzie jaśniej
kiedy wszystko w popiół zmieni
kolor ognia moc płomieni
ty żyj pal się płoń bo umiesz
jak najdalej od zrozumień
SAJLENT
Jest odwieczna cisza
umiesz jej wysłuchać
żyje w każdym dzisiaj
nie wpisana nuta
nie ma złego wczoraj
i lepszego jutra
nie istnieje w porach
nie odbija w lustrach
poczuj to bez żalu
nawet gdy odchodzi
nie płyń już za falą
czas ci tylko szkodzi
po co się z tym kłócisz
przecież każdy traci
taki już los ludzi
loser automatik
w intymności trwania
cisza jest niezgodą
ozdobioną w banał
w niczym brzmi tuż obok
milczy coraz głośniej
i wyraźniej z wiekiem
ścisza świat nieznośnie
uczy jak nie wiedzieć
nikt jej nie zapisze
można ciszę tylko
milczeć coraz ciszej
ściszać każdą chwilką
ZASTYGANIE
Jakie wolne oddychanie
nieprzejrzysty lód grymasu
zanim pojmiesz co się stanie
dni przyklepie stempel czasu
myślisz mało lecz to dużo
świty noce bezmiar smaków
nienazwana słowem czułość
brak jakiegokolwiek braku
umieramy jak atrament
chcąc uwiecznić zawsze młodzi
co zrobimy to zostanie
nie pomorze nie zaszkodzi
co skostniałe przenikliwe
niewstrzymanym zanikaniem
i do bólu aż prawdziwym
bezlitosnym zastyganiem
to coś w gardłach zawsze krztusi
w oczach kropel wodospady
każdy musi się nauczyć
jak samotnie znieść zagładę
KROPA DESZCZU
W niespokojnych kroplach giną szybkie lata
wilgoć topi ludzi zapisanych w datach
i rozmywa byłość dni niewiele warte
opadają deszczem na to co zatarte
potem jeszcze burza to rozrywa wiatrem
wszystko co się stało działo się naprawdę
zima głód wychłodzi lato chęć wygrzeje
znów się tak jak kiedyś ze wszystkiego śmiejesz
to domino sekund jedna myk za drugą
byleby do przodu nic nie potrwa długo
do bliskiego końca czasu rytmu życia
do niezrozumienia jak bezcenne dzisiaj
w bezlitosnej kropli skuteczniej przecieka
to co wodoszczelne ponoć
a ty czekasz
na mrugnięcie oddech zapach na dobranoc
kropla deszczu człowiek
jedno i to samo
DANS
I nareszcie tańczysz
czas przewijasz w kroplach
jak Don Kichot z Manchy
ale ma już postać
może trochę zmyślasz
kiedy mokro w oczach
żeby było przy nas
żeby sen po nocach
jeszcze trochę piszesz
w resztkach jak w oparach
nocą krzyczysz w ciszę
jak bezgłośna wiara
potem pewnie patrzysz
jak zanika mija
nic nie czujesz bardziej
nawet już nie bywasz
jeszcze trochę kochasz
bardziej od niechcenia
palce usta postać
traci na znaczeniach
prawie nie wspominasz
pozostawiasz chwilom
taniec wiecznych mijań
mówią na to miłość
BALLADA O TERAZ ALE ZANIM TO O KIEDYŚ
Idzie wiosna
smuży postać na skraju poranka
ciepło niesie aż po wrzesień na zimowych szklankach
zanim z boku krok po kroku zimne i samotne
zatrzymuje wilgoć trawy w słońcu
tuż za oknem
kicha kwiecień
watę plecie narodzonym mniszkom
słabnie zima lecz się trzyma tak jak nasza bliskość
maj za pasem a tymczasem potem lekko budzi
dziwne wojny bezsensowne jak
głupota ludzi
myśli teraz
czy pozbierać pozostałe resztki
te zamglone pomylone przejrzane jak prześwit
lśni półrocze a tu noce zimne i wilgotne
może bardziej nic nnie będzie
chłodniej i samotniej
a co będzie
pcha dni wszędzie albo i krok dalej
w żadnym teraz nie wybierasz więc doceniasz stare
najprawdziwiej lśni szczęśliwie co jak nic oznacza
że bez teraz i bez kiedyś
kochaj i wybaczaj
znika wiosna
lato zostań daj nam ważne teraz
już czas w drogę tam gdzie może będzie chciał docierać
zanim znikniesz nim przywyknie oswoi ze stratą
lato będzie zdobić szatę
zamiast szata lato
LASTAJM
Coś z tego zawsze w nich zostanie
malutkie ślady wąskich nitek
komórki ułożone w pamięć
to jakieś nie wiem gdzieś pośrodku
może coś trochę tak pomiędzy
niezapisana forma wątków
i do samego końca dotrze
gdy ich obejmie wredna starość
co z tego mogli zrobić mądrzej
albo nie mogli tak być miało
szybkie refleksje nic poza tym
na żale czasu dziwnie mało
coś z nich zapisze tamto niebo
we krwi atomy wymienione
myśli pragnące ciągle czegoś
pamięć przemieli ważne słowa
wypowiadane były wszystkim
teraz już można je pochować
byłość w wymiarach odpowiednich
tak bezboleśnie dni przenika
i już za nikim nikt nie tęskni
coś z tego ciągle będzie świecić
kiedy popatrzą ujrzą zawsze
zgubili tylko czas jak dzieci
SONG O AFTER AL
Od południa przyszedł deszcz
nagle pusto w środku chmur
bez kolorów spadał sens
kropel tyle ile bzdur
zmieszał dni bezwolny czas
przemeblował szczyty gór
przemianował profil miast
słowa skazał na brak ust
ślepnie ten kto patrzy wstecz
słyszy niewyraźny szum
do widzenia pisał wiersz
dobry moment śpiewał chór
tak to żegnaj jak chcesz żyć
nie rzucając lat na wiatr
pisz bo tak odpędzisz nic
czuj bo jak wypełnisz brak
w życiu zawsze coś nie tak
w ciepłym wyczuwalny chłód
w końcu wszystko straci smak
zmieni w los jak woda w lód
tyle lodu ile łez
najważniejsze żyć z tym trwać
chcesz czy nie chcesz spadnie deszcz
pada after
leje all
DEŁYNERIS
Z jabłoni Ewy cisza bawi
jak dziecko sypiasz w cieple cienia
nie ma wymagań wszystko zmienia
nigdy samego nie zostawi
z kosza wszechczasów skład powietrza
rozpuszcza chwile w wolnej woli
na wszystko twoje ci pozwoli
coraz cieplejsza bardziej gęstsza
z miłości struga dni godziny
odnalezione w końcu świata
we włosy twoje imię wplata
nie szuka sensu zna przyczyny
jest pewna tak jak zastyganie
spokojnie nowy cel urodzi
a gorzką starość ci osłodzi
i nieśmiertelnie śmierć okłamie
z jej wiary wielka siła życia
jak balsam koi twoje nerwy
nie robi sobie z ciebie przerwy
i nawet wczoraj wciąż jest dzisiaj
z jabłoni Ewy owoc łączy
i pozostałe dni zaczyna
gdzie jej początek nie wiem
finał
przy Ewie tutaj czas się skończy
MAMORANDUM
Po drugiej stronie jesteś już
gdzie życia krzty nie słychać
a niewidzialny losu kurz
już wcale nie oddycha
więc szykuj jakiś kąt na law
na balkon posadź bratki
zgub ważność bardzo pilnych spraw
i przeżyć z lat niełatwych
czego tam nie ma daj mi znać
ja już gotowy jestem
nie chodzi o kruchliwość ciał
nie ważne gdzie to miejsce
jeżeli jednak dasz mi znak
z tej drugiej ciemnej strony
to będę wiedział wtedy jak
odnaleźć i dogonić
po tamtej stronie coś tam jest
nie takie jak człek myśli
tak ojciec mówił mi we śnie
że spokój wiekuisty
i każdy jest zupełnie sam
jak krucha mała cząstka
ale się jest i to też świat
w którym masz jakąś postać
pomijam dosyć grzeszny żal
do stwórcy za ten projekt
nie my kreowaliśmy świat
nie nasza czara pojęć
ważniejsze że twój adres mam
niedługo znów przyjadę
cierpliwie czekaj gdzieś u bram
z herbatą i obiadem
a potem nikt nie będzie sam
i wieczności po twojemu
jak tylko cię odnajdę tam
zrobimy jak Bóg nie mógł.
BITŁIN
Między niebem a ziemią
na jutrzejszą niepewność
śpiąc w na zawsze i wszędzie
jesteś ani nie jesteś
między cieniem a światłem
przecenionym przypadkiem
na co później i teraz
grasz swawolą w literach
poświęcony czas stracisz
a i tak nie zobaczysz
czy przez chwilę pomyśli
czy się wstydzi czym pyszni
bo już nie wiesz jak nie być
a jak jesteś to wtedy
czujesz to co nieczułe
ze wszystkiego żartujesz
odwrócone nie zwraca
namacalne namacaj
to cię może oszczędzi
coś głęboko
pomiędzy
BĘDZIE TAK
Od dobrego końca niewiele milszego
myślę co nas czeka na końcu wszystkiego
koniec to nie sekret nie niespodziewanie
niechby i włóczęga byle zmartwychwstanie
będą pewnie tacy co śnić nie przestaną
dla nich niechaj świecą gwiazdy na dobranoc
kolorowy obraz jakiś sen na jawie
może inne światy w których jest ciekawiej
człowiek bardzo ładnie umie wiele wyśnić
a jak snu zabraknie popisowo zmyśli
w doli tej niedoli doczesności słonej
idzie się przewrotnie na tą drugą stronę
czasem nam wystarczy tylko zapamiętać
że miłość jest łaską a ziemia rzecz święta
wszystko co robimy mamy i kochamy
zniknie tak jak ludzie których dzisiaj znamy
to chyba uczciwe bez względu na wiarę
każdy ma swój własny życiowy ogarek
czasem bardzo trudno pojąć czym jest wieczność
byleby coś było byleby na pewno
jeśli to śmierć zimna ogień życia studzi
jak to będzie zasnąć i się nie obudzić
myślę co nas czeka po co ból i miłość
jak nie zapamiętasz że się tutaj żyło
i tak mi wychodzi że już martwy byłeś
będzie tak jak było nim się urodziłeś
DRGAŃ
Takie których oprócz nich nikt nie zapamiętał
takie które będzie lżej przyjąć po odejściach
czułość jak herbatę pić naprawiać zegary
pokorzystać z siedmiu żyć dobrze czas nastawić
takie które oprócz blizn nie mijają wcale
takie co to goją łzy przeganiając żale
niecierpliwe ale ich jak na wieki wieków
doskonały tworzą mit co siedzi w człowieku
i te wszystkie oprócz chwil co są już daleko
tamte jakieś trzy po trzy plecione na brzegu
takie niecierpliwe ich dawno roztrzaskane
wyciśnięte aż do krwi przetworzone w pamięć
bo tu w teraz światła śmierć pragnąc zaspokoić
tak jak pająk wije sieć mijającej nocy
mrok ociera wiatr o brzeg w nieskończonym ruchu
nieustanny wir ma sens niewzruszony tumult
jeden czuje inny nie stąd oczekiwanie
wielu nie wie a ja wiem drgań nie zaprzestaniesz
RIL
Gdybym mógł dogonić co się nieodstanie
a jeszcze nie szare chociaż w barwie cienia
to bym grał na nosie jak wybredna pamięć
tego nie dotykał tamto pozmieniał
gdyby móc to poczuć jak coś co powraca
a jeszcze nie znikło chociaż w drugą stronę
to by już nie trzeba niczego zatracać
ani smutnie wciskać w zamierzony koniec
gdybym mógł wybierać dokąd krąg zatoczy
co jeszcze nie czarne chociaż wzbudza cienie
wybrałbym twój dotyk w samym środku nocy
choćby miał być moim ostatnim życzeniem.
gdybym mógł odpędzić co się wlecze zawsze
a nie biegnie szybko chociaż wciąż przyśpiesza
to nie spoglądając mógłbym na to patrzeć
nie mieszając w czasie wszystko w czasie mieszać
gdybym mógł pokochać tych których kochałem
ze dwa razy jeszcze o jeden raz więcej
mógłbym to zachować czego nie ocalę
wypisując miłość rymowanym wierszem
nie mogę
na przekór lepkim zapatrzeniom
więc odwracam oczy przywykam do pęknięć
zmieniam z czasem rzeczy które nic nie zmienią
zbieram czego nie ma
i nigdy nie będzie
NIEWID
Niewidzialność los kręci tu zatacza tam zbiera
w co cię wciska poczujesz może nawet już teraz
chociaż prościej by było minąć sprawy oddalić
ale płomień nie gaśnie i oświetla i pali
nadpłomienność ssie ducha i wytrwale rozjaśnia
zamienione w popioły zbiera wreszcie na krańcach
gdy ty idziesz w tą stronę gdzie jest jasność nie ciemność
i nie trudny nie znoje tylko pewna przyjemność
lekkoduszność ciut waży ze dwa nieba plus piekło
można o tym nie myśleć ale słowo się rzekło
milczeć mu nie przystoi wiele znaczy i zmienia
obalało narody było światłem w cierpieniach
słowo lubi być ważne i zawierać detale
wiecznym kołem niezmiennym tak wymawia zegarek
ma wskazówki lecz nigdy nam wskazówek nie daje
sunie tylko po tarczy przybliżając niepamięć
to jest to uwikłanie chcesz czy nie jesteś czasem
zdaniem w jednym rozdziale książki która jest passe
i bezwolnie do środka ktoś cię wrzuca nachalnie
przeczytany zanikasz
tak to jest niewidzialnieć
POCHOWANIA
Bez śladu gdzieś się zapodziewa
bez sensu czasem drążę szukam
to taki przemijania nietakt
lub w nadprzestrzeni dziwna luka
przed chwilą jeszcze lśniła w słońcu
a ja się grzałem ciepłem skóry
i nagle czytam coś o końcu
w odcieniach uczuć szaroburych
gdybym to zgubił to bym może
mógł się spokojnie godzić z losem
wyszło nam całkiem nie najgorzej
a teraz wpadło w dziwny nonsens
bez śladu przecież nic nie znika
nie czyni życie wbrew istnieniu
złą gorycz pustki wciąż przełykam
znajdując światło nawet w cieniu
coś pochowało się wśród znaczeń
tak jakoś dziwnie zbyt na siłę
spokojnie sobie to tłumaczę
że zapodziałem
nie zgubiłem
NIE OD NIE PYT
Wspomnienie zawsze mieszka obok
to nie daleko choć nie widać
dachy przykrywa szczelnie nocą
neurony o istotę pyta
pamiętaj kto ci czas poświęcał
kto przelał pewność w twoje myśli
wystarczy że już czas się znęca
godziny gasi tak jak iskry
zapominanie tnie wspomnienia
nie wszystko dobrze ale lepiej
można być wdzięcznym za istnienia
albo świadomie cieszyć nie wiem
czasem skutecznie goją słowa
i można spojrzeć z innej strony
z czystym sumieniem podziękować
za to że było się spragnionym
nie mówią o tym słychać stale
nie piszą ale kto myśl czyta
zna niewidzialnie wierne fale
nieodpowiedzi i niepytań
HAPITRIP
I niech ci na drogę i anioł i stróż
kot w butach i czar siedmiu życzeń
i niech ci po drodze bez wichrów i burz
pies w nogach cieplejszy niż styczeń
i niech ci na duszę tu miłość tam fart
czas w miejscu i zdrowie najlepsze
i niech ci na myśli i radość i żart
dni jasne i ktoś tam na szczęście
i niech ci to jakoś układa się tak
że lepiej i bardziej nie można
i niech ci w tym nadmiar i nigdy nie brak
a los niech cię chroni od rozstań
niech zawsze na co dzień i ogród i dom
znajomi kochani i bliscy
i tego się trzymaj opiekuj i chroń
to właśnie ten stan co jest wszystkim
już nie myśl o tamtym ten zawód i żal
nie kuje od dawna za nami
znam smutek tęsknotę i ciebie też znam
od siebie byliśmy drogami
niech drogi nas wiodą kłaniają się nam
a bycie nie chwilą niedużą
pozwoli pamiętać że o to jest gra
by ciągle się cieszyć podróżą
POGASŁOŚCI
Coś w sobie tlenią pogasłości
wymarłe ostrym czasem ścięte
od dawna z innej drżąc miłości
kochają nagle mocniej pewniej
jak tylko można tak najbardziej
powstać po żarach i popiołach
tym co pogasło pewnie gardzą
tych co odeszli nikt nie woła
świtem rozpalą stan jasności
i chociaż świecą widmo gaśnięć
wisi nad głową brak ostrości
jak nieczytelna mroczna pamięć
co pogaszone już poznane
co się rozpala niepojęte
po tajemnicach ślady marne
bo już nie pęknie co pęknięte
w końcu z nich popiół wreszcie koniec
chyba nie można skończyć prościej
niż chwila albo wieczny moment
smak zaliczonych przyjemności
NOCZOIS
„możesz wybrać tylko mocno zasypiając
jak dziś pocałujesz gwiazdy na dobranoc”
L.G.
Są na początkach końce podróży
i są godziny które czas dłuży
są mniej lub bardziej wierni niewierni
niepowtarzalność we śnie pośmiertnym
są też popioły dawnego życia
kiedy lśni w słońcu jedyne dzisiaj
zabierz je z sobą zanim stąd znikniesz
wszystko poza tym zaśpi przywyknie
wiatr utul cicho pod poduszkami
zmieni coś w tobie a między nami
zgubią dni noce zrodzą się nowe
ktoś gdzieś odnajdzie na coś odpowiedź
jeśli masz wybór pod wiecznym niebem
będziesz jak kropla co szuka pęknięć
żeby odnaleźć co utracone
z głupią nadzieją że to nie koniec
nie ma wyboru jeśli odeszło
jeśli już było to ledwie przeszłość
szybka jak teraz wciąż nam ucieka
spójrz oto człowiek
nie ma człowieka
RÓŻĄ I DESZCZEM
Róże w deszczu wypatrzyły swoje okno
i deszcz w różach w szkło zastukał dosyć śmiało
ktoś za oknem wbija kolce wprost w samotność
i tak mocno żeby bardziej niż bolało
krople z kolców lecą wszędzie i na wszystko
kolce kroplą co się wbija nie rozpływa
ktoś za oknem porozrzucał dawną bliskość
i tak bardzo że już nie czuć żadnych bywań
róża deszczu zapukała w zimną szybę
a deszcz roży wbił noc wiatrem w parę szczelin
ktoś za szybą wciąż próbuje być na niby
i tak dobrze że nie sposób kłamstw oddzielić
róża kropel cicho zwiędnie w cieniu okien
krople róży obmywają z łez człowieka
ktoś za szybą pragnie wygrać z ciężkim mrokiem
i tak długo że już pewnie nie doczekasz
liście z deszczem z siłą wiatru lecą w szklane
deszczu liście przeciskają sens z wilgocią
z tego deszczu jakieś słowa wygrzebałem
tak niewiele że sam nawet nie wiem po co
BALLADA O WCZEŚNIE ALE NA POTEM
Oto wcześnie
choć śpi jeszcze śniąc odległe potem
chwile za nim widać na nic dalej lśni z powrotem
długo myśli tyle istnień zatrzymanych wspomnień
potem łapie łzy za krople skrywa w nich zapomnieć
złudne potem
jak idiotę wiedzie myśl w nieznane
w pełnej krasie i o czasie znika sobie pamięć
sekund tyle jak motyle ulatują nagle
kropli sensu szukasz w płaczu ale nie odnajdziesz
właśnie teraz
z siebie ściera resztki studzi ślady
jest zbyt późno więc na próżno szuka na to rady
stygną deszcze cichych westchnień i obietnic danych
tak by chciały móc uniknąć losu zapomnianych
już za nimi
Hiroshimy linie przekroczone
a co dawno lata skradną nim nadciągnie koniec
w stercie pytań myśl znów świta o tym że się stanie
niechby nawet było sobie tylko powtarzaniem
los nie tęskni
za to kręci każdą nową drogą
co o czasie w pełnej krasie idzie sobie obok
nowe plany stare plamy nagle takie sauté
czas zrozumieć że jest zawsze za wcześnie na potem
POMIĘDZY
Po cieniach nie ma nawet cienia
po świeci ani krzty jasności
popioły zasną w spopieleniach
nie można bardziej nic uprościć
po było nie ma kropli czegoś
po będzie może coś tam będzie
jest coraz bliżej dziwna niemoc
wierna jak pewność ludzkich nieszczęść
po potem zawsze jakieś cele
po teraz potem i od nowa
jeśli to tylko jedno z wcieleń
to nie da się go ująć słowach
miłości które już odeszły
cierpienia co to już za nami
a my jak zawsze gdzieś pomiędzy
i umierając wciąż czekamy
na wszystko
ani śladu więcej
po niczym pełna garść pustego
coś w końcu będzie coś nie będzie
i nikt nie dowie się dlaczego
PATS
Szlaki od dawna zaniedbane
na cieniach czasów śpią motyle
ślady po cieple bliskich ramion
właściwie to aż tylko tyle
czasami może nawet nadto
co potem z niczym pozostaje
to nic wypełnia wszystko stratą
lecz coś się nigdy nie poddaje
to nie jest celem ani drogą
tylko przyczyną tej podróży
płyniemy niczym ciężki obłok
co się tym wszystkim nocnie chmurzy
czasem się uda wejść do środka
poznać i poczuć co to znaczy
wiele zrozumie kto napotkał
a jeszcze więcej ten kto stracił
gdy nie ma szlaków szukam drogi
jeśli brak drogi szukam ścieżek
lecz coraz starsze ciężkie nogi
i bardziej chciałbym niż w to wierzę
RAZ
Coraz to trudniej jest pamiętać
pamięć też w końcu musi przestać
w jeziorach czasów i w dnia rzekach
czas przez nią dziwnie w noc przecieka
nawet nie czuje kiedy płaczesz
tak jakoś w teraz jest inaczej
a to inaczej jest jak zawsze
pełne i wzniesień i wypłaszczeń
coraz to szybciej było znika
po nic są wpisy w pamiętnikach
ginie w sekundach i neuronach
tych co przed nami i tych po nas
drzwi nie zamykaj w świecie wspomnień
lecz nie dotykaj jeśli dotkniesz
i tak tym samym już nie będzie
lubi odpływać może gęstnieć
długo myślałem o tym wszystkim
jest dużo lepiej jak nie myślisz
tylko na nowe czas otwierasz
bo pierwszy raz jest zawsze w teraz
O CZASIE
Jak noc znikaj pięknie znikanie to wieczność
na wszystko przysięgnie
że nie jest w niej ciemno
a jeśli uwierzysz to nawet pogłaszcze
i będziesz heretyk
z nadzieją na zawsze
jak dzień mija szybko w mijaniu istota
ukryta przed chwilą
ma wieki na pokaz
więc jeśli przeoczysz to życie ci pryśnie
a czas się potoczy
za prędko jak zwykle
przemijaj jak miłość nie wiedząc dlaczego
nie pojmuj że była
nie bywaj i nie bądź
tak pewny jak plotka jak obiekt wypatrzeń
a wszystko cię spotka
o czasie
jak zawsze
WARTO
To okruszyny małej chwili
w tym cieple jednej letniej nocy
jak wszystkim dziwom się nadziwić
o co prosić
niczego nie ma bez znaczenia
czy jest coś blisko czy daleko
czas ci pokaże jak doceniać
trwać na przekór
poczuj zapachem i dotykiem
jak pragniesz mocniej i chcesz więcej
bądź kimś dla siebie nie być nikim
oto szczęście
jeżeli jeszcze nie wiesz nie masz
wciąż próbuj szukać pragnij znaleźć
bo nie przekwitasz lecz dojrzewasz
idąc dalej
uwierz że warto ten kto zranił
odchodzi szukać czystych sumień
nic już nie czuje wszystko na nic
nie zrozumie
OBIETNICOŚĆ
Kwitną złamane obietnice
o razem może i na zawsze
pod spodem drzemie kilka życzeń
na zewnątrz jakby trochę martwiej
i niechby czasem coś na wiwat
danego słowa nie dotrzymasz
bo czym jest takie dane słowo
zapożyczeniem od podziwów
gdy zachwyt staje się niemową
a papier do linijek przykuł
zdania nadrzędne i podrzędne
w nawiasach niczym bliznach pęknięć
lepiej przemilczeć nic nie mówiąc
bo można nie móc słów dotrzymać
wszystko niepewne tak jak jutro
co zawsze wlecze jakieś chyba
to nie tak że ktoś tam specjalnie
albo naprzeciw ludzkich pragnień
jeżeli składasz obietnice
to chcesz i starasz się dotrzymać
ale to nie jest koncert życzeń
wyobrażenie szybko mija
więc wchodź istotnie w sprawy sedno
z poczuciem że masz jakąś pewność
z obietnic starych dawnych przysiąg
nie pozostało im zbyt wiele
dawno umarło to co było
jak kilka marnych dziwnych wcieleń
po drodze droga bywa kręta
nie obiecują zapamiętać
NOCZENCZ
Żadnych zmian wszystko po staremu
wzruszenia gesty takie same
i drżenia jakby nikt już nie mógł
zasypia w piórach bóg atrament
ten pogodzony czas z liryką
co to czasami bieli chętnie
choć to rymami płynie miłość
lecz nie od bieli kolor szpetnie
w obecnym stanie nic nie zmienisz
bo tutaj wszystko trwa w tym teraz
bywa coś przemknie gdzieś wśród cieni
czasem zaboli jak cholera
żadnych zmian wszystko tylko nowe
nowo poznane choć się działo
zna to na pamięć każdy człowiek
ale chce więcej wciąż mu mało
jakby na przekór nic a jednak
mieli nas życie i przetwarza
więc się nie wzbraniaj nie przysięgaj
i to co nowe też powtarzaj
WYGASZENIA
O parasole rozbija krople
samotność deszczu
dusi się burzą gotowa moknąć
suchość w powietrzu
a w nich jest ogień jasne przestrzenie
i dni gorące
ulewa zmywa ostatnie cienie
wychodzi słońce
godzina goni tuż za godziną
co już uciekła
ciągle próbują bo wielką kpiną
byłoby przestać
niby odlicza czas na zegarach
lecz wymyślili
jak by tu można tak się postarać
żeby nie byli
za ścianą hałas za oknem ognie
w resztkach północy
zanim się zgodzą dalej samotnieć
zawiną w kocyk
zmęczone oczy mgły i widoki
próbując zasnąć
będą się jeszcze wsłuchiwać w kroki
choć już nie warto
deszcz w końcu milknie pije go cisza
poluje pająk
tak się spalili że nikt nie słyszał
jak wygasają
50 ........................................................
.............................
..................
...........
....
..
.
TAK CAŁKIEM
Zanim odejdzie już tak całkiem
niewymuszone brzegi spojrzeń
rzuci na nieskończoną pamięć
żeby móc raz ostatni dojrzeć
jak się zamienia miłość w kamień
zanim niczego nie poczuje
co rozrzucone będzie zbierał
skalował z niepojętych ujęć
wstrzymywał co i tak zaciera
z czasem zegarom podziękuje
zanim się zgubi w głośnej ciszy
dźwięki utopi w ostrym brzmieniu
te które wcisnął w trwalsze wpisy
te co mu mówią po imieniu
i tylko on je ciągle słyszy
zanim odejdzie spojrzy jeszcze
ukradkiem w byłość której nie ma
bo przecież znika czas i przestrzeń
bo tak naprawdę tu i teraz
gdy zacznie padać będzie deszczem
zanim nie odda nawet myśli
wymyśli że to wszystko na nic
te zamienione w popiół iskry
ta dal przez którą człowiek krwawi
jeśli od dawna jest po wszystkim
NIESZCZELNOŚĆ
To kruchość albo odkładanie
na jakąś chwilę lub na potem
to wieczna walka w zdobywanie
istoty rzeczy za istotę
jak kropla cienka jak pergamin
ale się sączy wolno wzbiera
przesiąka dobijając granic
żeby zaistnieć tak jak teraz
to teraz taki złudny moment
gdy się wydaje że na zawsze
i można nagle coś z powrotem
albo że chociaż jakaś pamięć
nie zapamiętasz o czym miałbyś
pamiętać lecz to chyba lepiej
gdy wypłowieją stare skarby
istota rzeczy dni wyczerpie
niewielu ludzi o tym myśli
nie wiedząc co się dalej stanie
są tacy którym los uściślił
to piękne wspólne przeciekanie
KWESTIA WYOBRAŹNI
Nie na wiele nam serce
nie za bardzo nam dusza
gdy daleko od nieszczęść
bardzo blisko do wzruszeń
jak nam dobrze bez żalów
coraz znośniej bez siebie
na krawędziach bezmiarów
robi się coraz lepiej
nie byliśmy za mocno
lekko tak raczej dziwnie
ustawiona zła ostrość
dla wyglądu nieistnień
wymieniamy co chwile
dobry moment jak durnie
nie widzimy pomyleń
oczekując na później
lecz co potem jest względne
a radośniej jest w teraz
chroń więc serce od pęknięć
dawne żale zacieraj
choć do wzruszeń tak blisko
skutek dosyć niejasny
więc to chyba już wszystko
czarnym tłem wyobraźni
FORFRI
Uwolnij światło bądź promieniem
co jest energią źródłem pragnień
nie będzie wtedy nic już nie wiem
tylko wciąż bardziej albo ładniej
puść wolne słowa gęstym wierszem
z emocji lub doświadczeń wszelkich
to właśnie po to tutaj jesteś
dla wersów jak dla nieba błękit
wrzuć rymy wlej je wprost do ucha
zrozumiesz w końcu skąd to płynie
w kobiecie obok dni zasłuchaj
pięknie się starzej właśnie przy niej
uwolnij wolność obowiązek
z natury rzeczy z przyrodzenia
pozmieniaj końce na początek
zanim los rzuci do widzenia
odpuszczaj ciesz się każdą zmianą
obserwuj co się w końcu stanie
przysięgam można ciągle pragnąć
wbrew temu co ci plecie pamięć
oświetlaj nocą bądź promieniem
aż w końcu tak poczujesz duszę
jak ja gdy wchodząc w nieistnienie
pojąłem że już nic nie muszę
.jpg)

